Od trzech tygodni jestem w Szwecji, w środkowej jej części nad pięknym jeziorem Vanern. Venern to największe jezioro tego kraju. Niezwykle piękne – jak cała przyroda, która tutaj cieszy się zaufaniem mieszkańców i władz.

Co to oznacza?

Ano, to, że nikt się nie boi opadających liści, złamanych gałęzi, wystających skał i wielkich głazów. Nikt jej nie poprawia. Raczej zostawia się ją w spokoju lub wpasowuje w architekturę.

Cudowne lasy pełne są grzybów, krzaków jagodowych, głazów – których tu obfitość napotyka sie wszędzie, szyszek, uroczych gałęzi i mchów.

Wielość  większych i mniejszych jeziorek  i małe zaludnienie sprawia, że na każdym kroku spotkać można przepiękne, sielskie plenery.

Przyjechałam spędzić jesień w tym spokojnym zakątku. Mimo nastających chłodów nadrabiam wakacyjne zaległości. Szewc bez butów chodzi, a mi od dawna marzą się nowe topy szydełkowe na lato. Teraz więc folguje swoim szydełkowym zachciankom – z dala od domu i narastajacej presji zakupowej związanej z zima i prezentami.

Oł jeah! – fajnie być dak dalece zdystansowanym..