Chciałam rower….
Ale nie byle jaki. I żeby tani był i super i najpiękniejszy jednocześnie…
Biłam się z myślami przez dwa miesiące. Szukałam, wybierałam porównywałam oferty…
Myślałam o tańszym nowym, z gwarancją i o droższym nowym, na który szkoda mi było pieniędzy, i o używanych, których się obawiałam…
I tak mi nie pasowało, i inaczej…
A z każdej opcji zostawał mi w przyszłości gracik, z którego do końca nie będę zadowolona.
Jeden już taki gracik stoi w rowerowni…
Stoi?
Stoi!

Wzięłam narzędzia, przywlokłam rower do pokoju i zaczęłam kombinować.
Przerwę w rozkręcaniu roweru zrobiłam tylko na małe zakupy w sklepie z narzędziami ….
Jeszcze rok temu nie umiałam zrobić małego serwisu w rowerze syna, a teraz…
Wymiana klocków hamulcowych, wymiana dętki, opon, malowanie ramy, naprawa światełek itp, itd…
Czyszczenie, regulacja, oliwienia….
Rozkręciłam, pomalowałam, ale jak to skręcić?
Zajęło mi to w całości cztery dni, włącznie z oczekiwaniem na przesyłkę z allegro.
W ostatnim etapie przydreptał szwagier zaniepokojony moim waleniem, podczas skuwania ogniwa łańcucha… pomógł. Potem przyszedł mój brat – też pomógł, założyć prawidłowo przerzutki tylne – i wyregulować je.
Już odbyłam jazdę próbną ale kilka detali zostało jeszcze do dopracowania.

dwa dni później…